O autorze
Pasjonatka dzieci (własnych trójka) i sprawiania im frajdy. Generalnie pasjonatka sprawiania frajdy ludziom.
Socjolożka, z lekkim pedagogicznym zacięciem, ćwierć-psycholożka.
Zwolenniczka ruchu i zajęć ruchowych, kreatywnych i różnych innych. Specjalistka w tym i tamtym.
Nie obce Jej klimaty hardcorowo biznesowe.

POŻEGNANIA A POWITANIA, czyli ROZSTANIA A chorobowe POWROTY i ŻYCIE dalej trwa…

Tekst, ze względów na utrzymujący się stan szpitalny w domu, zamieszczam nieco później lecz ciągle aktualny. Ponadczasowy;)

Mam dość, dość, dość skepów!!!! Wyprzedażom już dla mnie dość! Dość poszukiwań i nadskakiwań! Dość!

W ramach odniesienia do super tekstu Małgosi Ohme „Metamorfoza jamnika, powrót dzieci i najazd BB”:
Zadziwiające, ile rzeczy łączy nas mamy i nasze dzieci i nasze mamy:) Mam na myśli wiele nas kobiet z podobnymi często, choć zawsze różniącymi się doświadczeniami (ale ze wspólnymi elementami:).
Hasło! Miłość to jedzenie! – jakże aktualne w wykonaniu wielu naszych mam! Mojej przynajmniej również! Choćbyś nie wiem, jak się źle czuła i marzyła, żeby ktoś (tu: mama) powiedział: „To może połóż się, odpocznij”, albo „A może przeszłabyś się sama na spacer (jeśli akurat słońce świeci)?” jest zawsze: „A czy Ty w ogóle coś jesz??”;) Oczywiście te mamy dobrze gotują i pieką;-) Nam się wydaje, że my gorzej, choć tak naprawdę pewnie całkiem nieźle lecz po prostu inaczej i nieco…mniej;)
Piszę mamie sms’a: „Nie rób nam dziś żadnych zakupów” (przed powrotem Dzieci zrobiłam zakupy dwa razy takie jak planowałam). Czy: bułki, chałka, chleb, dwa rodzaje wędliny, pomidorki koktajlowe itd., które ze sobą wniosła Babcia, oznaczają brak zakupów????????!!

Powrót a zmęczenie
A’propos powrotu dzieci po tygodniowej nieobecności… Czy znacie schemat opisany poniżej? Jakże trudno nam się z Nimi żegnało. Już w drzwiach tęskniłyśmy, zastanawiając się, czy na pewno wszystko było ok. przed ich wyjazdem (tj. z nami, z naszym zachowaniem;), po czym również nad tym, dlaczego to lub tamto dziecko pożegnało się z nami nie tak jakbyśmy chciały. Była w tym też swego rodzaju dychotomia, bo w pewnym sensie marzyłyśmy o chwili z samą sobą, czy też chwili bez obowiązku martwienia się o czas dla potomstwa, czyli przyznajmy przynajmniej przed nami samymi, że marzyłyśmy, by za naszymi najukochańszymi pociechami;) zamknąć drzwi.
A tu… Dzieci wyszły, a my nie wiedziałyśmy, jak się zabrać za to, za co zabrać się chciałyśmy, robiąc często porządki i inne zupełnie nieadekwatne do zamiarów rzeczy, rujnując sobie częściowo czas, siły i…zdrowie.
W pewnym momencie ocknienie!!! Przecież tak nie musi być! Przecież miałyśmy być my! Ich nie ma na chwilę z nami! I po tym uświadomieniu wreszcie, mam nadzieję, że przynajmniej wielu z Nas …co???!!... Powrót dzieci!!! Jezuuuu! Oni już wracają!!!? My jeszcze nie zdążyłyśmy odpocząć, zająć się porządniej sobą, czy tymi rzeczami związanymi z nami, często po prostu z naszą pracą, jeszcze zmęczone tym dopiero co Ich wyjazdem i tym co przed nim…
Choć przyznam się, że ja należę do matek „wariatek” i jak już się dorwałam częściowo feriowo do dzieci, to próbowałam im zagwarantować super rozrywkowy czas i mimo, że zmęczona w jakiś sposób fizycznie, psychicznie z nimi m.in.;) odpoczęłam, bo aktywny wypoczynek lubię. No i uwielbiam patrzeć na zadowolone buzie moich dzieci, jak zapewne większość z Was. Po odrobinie psychicznego odpoczynku z dziećmi nastąpiło zmęczenie Ich wyjazdem, minami i tym, co wokół niego i nich, potem tym, co zamiast planu robiłam.
I tak… jeszcze zmęczone, już Ich witałyśmy.

Szok?? Prawie. I okrutne poniedziałki.

Ja do tego mam farta do poniedziałków!! W poniedziałek „wyjazdowy” (dzieci) zaplanowałam sobie własne prace od A do Z, a tu…z niedzieli na poniedziałek grypa – moja. W poniedziałek „powrotowy” - tak naprawdę dzieci wróciły wieczorem w ndz - coś w rodzaju grypy żołądkowej u mojego najstarszego dziecka. I co? Tak kolorowej i pachnącej łazienki jeszcze nie miałam. – Żółto-pomarańczowe kwiaty wyrastały prawie z każdego łazienkowego miejsca, a ich specyficzny zapach nie pozwoliłby znów usnąć pomimo, że była dopiero pierwsza w nocy. Moja córa obsadziła łazienkę tymi pachnącymi kwiatami ok. 1-ej właśnie. Szkoda mi Jej było bardzo, gdyż nie zdążyła dobrze rozplanować „obsadzenia”. Wymiociny były dosłownie wszędzie. Szkoda mi było Jej, ale i mnie bardzo, wierzcie mi. Za mną zaraz wstał mój młodszy synek (lat 5 i 7 miesięcy) i tak przy mnie przesiedział w „pachnącej” łazience godzinę, bo tyle było potrzeba, by łazienkę doprowadzić do stanu używalności, a atmosferę zapachową w domu do stanu umożliwiającego znów zaśnięcie. Zatem poniedziałek ponownie strzeliło w zupełnie inny numerek trafieniowy, aniżeli powinien był strzelić. I tak!

Zakupy wyprzedażowe

Do tego okazało się, że z zakupów jeden mój synek był bardzo zadowolony, drugi dostał za mało, a buty które kupiłam okazały się dobre na stopy brata. No cóż… Też nie byłabym zadowolona, gdyby moje już podobno buty dostał mój brat, czy siostra, jeśli ja bym butów dalej nie miała. Zatem ja, stając na wysokości zadania i chcąc zobaczyć znów uśmiech na buziach wszystkich dzieci, uderzyłam w ponowny proces poszukiwań i polowania. Upolowałam jakieś traperskie wojskowe byty. Okazało się, że takie podobają się też starszemu. Numeru jednak większego nie było. Kupiłam inne jeszcze, wydawało mi się, że starszy będzie zachwycony. A ten?!: skwaszona mina. A ja?! Nie! Nie! Nie! Już mam dość!!! Trochę oczywiście przesadzam, bo większość zakupów była niesamowicie trafiona i podobno warto było. A, że nieco przesadziłam z procesem i czasem polowania, to muszę jakoś odreagować, a raczej odchorować. Wczoraj 14 godzin na nogach, może na nogach dwanaście. Ale w końcu przecież to norma – matka Polka, czy matka wariatka???

Życia ciąg dalszy
Dziś moje najstarsze dziecko znów nie poszło do szkoły, bo w nocy wymiotowało! Czyżby to jakiś wirus? Dziwne, bo następnego dnia czuje się całkiem nieźle. No…poza skwaszoną miną zbuntowanej nastolatki. Jadła wszystkie świeże rzeczy. Jakaś podpowiedź? Tylko nie mówcie mi, że karmię dziecko niedobrymi produktami. Gdy wróciła do domu z daleka, mogłam w myślach „zwalić” wszystko na karmienie ex-teściowej;) Ale teraz??

Bezsen:(

Ja mam niestety problem ze snem. I to jest najgorsze. W pozycji horyzontalnej kręcą mi się myśli z całego kotłującego się dnia i już następnego. Niestety nie usypiam przy gościach, jak Małgosia O. – powołując się na Jej kolejny tekst, a chciałabym. Zazdroszczę Ci Małgosiu…;)

Ps.
Ot życie… Przebywam jeszcze w dwutygodniowym szpitalu domowym. Choroba dorwała wreszcie wszystkie (troje) dzieci. Nie oszczędziło też mnie tym razem, podobno odpornej. Skończyło się antybiotykowo…byle tylko skończyło i już nic nie zaczynało. Pragnę powrotu do zdrowego reality show.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...